Co mnie zaskoczyło na Kubie?

Niedawno odwiedziłam Kubę – jedno z moich podróżniczych marzeń ? Były stare samochody, kolonialne budynki, tropikalna przyroda i… bardzo dużo diabetyków! Zapraszam do krótkiej relacji z podróży połączonej z cukrzycowymi obserwacjami ?

MEXICO-TURISTICO

Naszym pierwszym zderzeniem z Meksykiem było Cancun – miasto położone na północy półwyspu Jukatańskiego nad Morzem Karaibskim. Cancun ma niezwykle krótką historię –  do lat sześćdziesiątych XX wieku teren ten były praktycznie niezamieszkały. Dopiero w 1969 roku, kiedy władze Meksyku postanowiły odciążyć od napływu turystów najpopularniejszy ośrodek wypoczynkowy – Acapulco, powstało Cancun. Nowy kurort na północy stanu Quintana Roo podzielono na dwie strefy: Ciudad Cancun (śródmieście) oraz Zona Hotelera (Strefa Hotelowa).

Zona Hotelera to wąski i długi na kilkanaście kilometrów półwysep pomiędzy uroczą zatoką a turkusowym Morzem Karaibskim. Ulokowane są tam dziesiątki hoteli z dostępem do szerokiej piaszczystej plaży. Strefa Hotelowa z punktu widzenia turysty to praktycznie samowystarczalne miasto. Oprócz resortów z wszelkimi udogodnieniami, jest tam mnóstwo restauracji, sklepów, klubów nocnych, centra handlowe, a nawet teatr. Po całej strefie można poruszać się taksówkami oraz autobusami komunikacji miejskiej. Wszystko zorganizowane jest tak, by turystom nawet przez moment nie zabrakło pomysłów na co wydawać pieniądze. ? Generalnie można przyjechać do Cancun i cały urlop spędzić w obrębie Zony Hotelera. A co za tym idzie, w ogóle nie poznać prawdziwego Meksyku.

My zatrzymaliśmy w śródmieściu, poza nadmorską strefą turystyczną. Ciudad Cancun w założeniu urbanistów miało pełnić funkcję zaplecza usługowego dla Strefy Hotelowej. Obecnie jest to normalne miasto, z szerokimi ulicami, placami, parkami. Turystów jest tam zdecydowanie mniej, ale i tak bez problemu znajdą oni noclegi, restauracje i sklepy z pamiątkami.

Plaza w Ciudad Cancun

Z lotniska autobusem dojechaliśmy w godzinę do naszego pokoju wynajętego na Airbnb. Zostawiliśmy bagaże, wsiedliśmy do autobusu w stronę Zony Hotelery, by przywitać się z Morzem Karaibskim. Aby dostać się na plażę musieliśmy przejść przez jeden z hoteli. Plaże w Meksyku są publiczne i dostęp do nich w teorii mają wszyscy. W praktyce jednak, plaże w Cancun oddzielne są od ulicy resortami, których właściciele nie chcą przepuszczać przez swoje progi osoby nie będące hotelowymi gośćmi. Nam udało się przemknąć niezauważonymi i w końcu znaleźliśmy się na wymarzonej karaibskiej plaży! Lazurowa woda, miękki i biały piasek – fantastycznie! Ale ten niekończący się sznur hoteli zasłaniający popołudniowe słońce? Zabierał cały urok karaibskiej plaży. To nie dla nas. Zdecydowaliśmy, że następnego dnia jedziemy dalej. Turkusowe morze i biały piasek znajdziemy na pewno też w innym częściach Jukatanu.

Plaża w Zonie Hotelera

Początkowo planowaliśmy odwiedzić pobliskie wyspy – Isla Muheres oraz Isla Blanca. Ale ponieważ na żadnej z wysp nie mogliśmy zaleźć noclegu w rozsądnych cenach, pojechaliśmy w drugą stronę wzdłuż wybrzeża Riviera Maya. Naszym celem była wyspa Cozumel – must see  według wszystkich przewodników i poradników. Po drodze odwiedziliśmy miejscowość Playa del Carmen, skąd odpływały promy na wyspę. Playa, podobnie jak Canun, okazała się miejscem przepełnionym turystami. Na głównym deptaku z trudem przeciskaliśmy się z plecakami między ludźmi. Wszędzie stragany z pamiątkami, budki z jedzeniem i naganiacze zachęcający do wykupienia zorganizowanych wycieczek. Czuliśmy się jak w szczycie sezonu we Władysławowie – jeden wielki hałas i oczopląs!

Za to z przyjemnością patrzyło się na turkusowe morze i piękną przyrodę. Niestety cudownym widokiem można się rozkoszować tylko w towarzystwie innych turystów. Na odrobinę prywatności nie ma tu szans.

Playa del Carmen

Ponieważ mieliśmy jeszcze dwie godziny do promu, poszliśmy coś zjeść a potem z plecakami udaliśmy się na plażę. Na placu nieopodal plaży natknęliśmy się na występy miejscowych muzyków. Artyści byli ubrani w rustykalne stroje i grali na instrumentach przypominających trąbki. Znajdowali się na kilkunastu metrowym maszcie, z którego następnie spuszczali się na linach przywiązanych do ich stóp. Wyglądało to niesamowicie!

Występ muzykantów w Playa del Carmen

W czasie rejsu promem zarezerwowaliśmy dwa noclegi na Cozumel. Po wyjściu na wyspę przywitało nas znowu to samo – naganiacze, sprzedawcy wycieczek i tłumy amerykańskich turystów. Szczerze mówiąc, mieliśmy już dość tego typu atrakcji. Czekaliśmy na spokojne karaibskie plaże i miejscowy folklor. A póki co najwięcej było turystycznego zgiełku.

Na szczęście w pozostałych częściach wyspy było znacznie spokojniej. W przewodniku polecano przede wszystkim nurkowanie i snorkeling. Pierwszego nie doświadczyliśmy, natomiast snorkleing nas nie zachwycił. Rybek nie było dużo, a roślinność podwodna raczej uboga, mimo iż wybraliśmy jedno z najbardziej polecanych miejsc do nurkowania z rurką.

Cozumel nie jest dużą wyspą, ma 48 km długości i 16 km szerokości. Zdołaliśmy objechać ją całą w jeden dzień na skuterze. Na południowym krańcu wyspy znajduje się rezerwat Punta Sur Eco Beach Park. Można tam snorkować, pływać łódką po zatoce, gdzie żyją krokodyle i podziwiać egzotyczne ptaki. My nie skorzystaliśmy z tych atrakcji, ponieważ  po drodze złapała nas ulewa i utknęliśmy w beach barze, gdzie w rytmie hitów Boba Marleya towarzystwo sączyło drinki. Deszcz w końcu ustał, ale zrobiło się późno i nie było już sensu iść do rezerwatu, tym bardziej w pochmurną pogodę. Za to jedną z atrakcji rezerwatu udało nam się zaliczyć poza jego obrębem – w mokradłach obok drogi, niedaleko rasta baru zobaczyliśmy krokodyla! Był dosłownie kilka metrów od nas i co jakiś czas wynurzał się pokazując wielki łeb ?

Na Cozumel najbardziej podobała nam się przejażdżka skuterem wzdłuż pięknego południowego wybrzeża wyspy. Zatrzymywaliśmy się w punktach widokowych, gdzie raz zastaliśmy piaszczystą plażę z zielonymi wydmami, a kiedy indziej szare skały, o które rozbijały się fale morskie. Miasteczko San Miguel, pomijając ilość turystów i naganiaczy, było też bardzo ładne. Klimatu nadawały mu wąskie uliczki i kolorowe domki, przed którymi gawędzili miejscowi.

Próba w szkole tańca dla dzieci

Świetnym miejscem była też klimatyczna restauracja Casa Mission. Zjedliśmy tam kolację pierwszego wieczora na Cozumel i byliśmy zachwyceni! Nie tylko pysznym jedzeniem, ale i wspaniałymi wnętrzami autentycznej meksykańskiej willi otoczonej pięknym ogrodem. Casa Mission to numer jeden wśród wszystkich restauracji, jakie odwiedziliśmy w Meksyku. ?

Ogród w restauracji Casa Mission

Muzykanci w restauracji Casa Mission

Nasz drugi dzień na Cozumel przypadł na niedzielę. O godzinie 9 rano, kiedy chcieliśmy zjeść śniadanie, większość kawiarni i restauracyjek jeszcze zamkniętych. Na ulicy na przeciwko kościoła znaleźliśmy stoisko z ciepłym jedzeniem. W kolejce, bardzo długiej zresztą, stali sami miejscowi. Dołączyliśmy do nich z nadzieją na spróbowanie prawdziwego meksykańskiego jedzenia. I nie zawiedliśmy się! Kupiliśmy małe tortille, kanapkę z kurczakiem (bardzo dobra!) oraz małą paczuszkę zawiniętą w liść bananowca. W środku znajdowała się pieczona wieprzowina z ryżem. Osobno dostaliśmy pomarańczowy sos. Wszystko razem smakowało bardzo dobrze a owa tajemnicza paczuszka okazała się być tradycyjną jukatańską potrawą o nazwie cochinita pibil.

Street food na Cozumel

Tortille i cochinita pibil na śniadanie

Cochinita pibil w liściu bananowca

Cancun, Playa del Carmen i Cozumel to miejsca, które odwiedziliśmy na samym początku naszej podróży i które podobały nam się najmniej (potem było już tylko lepiej ?). Co prawda wszędzie zachwyciła nas piękna przyroda i wspaniałe plaże. Jednak to, co psuło atmosferę tych miejsc to tabuny turystów. A co za tym idzie, obecność całej artylerii straganów z pamiątkami i punktów „informacyjnych”, które w rzeczywistości są prywatnymi firmami sprzedającymi wycieczki. Cancun zyskało w moich oczach, gdy wróciliśmy do niego na trzy dni przed powrotem do domu. Wtedy odwiedziliśmy Playa Delfines – piękną publiczną karaibską plażę umiejscowioną na półwyspie za strefą hotelową. To był jedyny dzień, który w całości poświęciliśmy na lenistwo i plażowanie. Pod koniec dwu i pół tygodniowego intensywnego wyjazdu, taki dzień zrobił nam bardzo dobrze. ?

Rajska Playa Delfines

Playa Delfines w Cancun