Mexico colectivos

Nasza podróż do Meksyku była w dużej mierze spontaniczna. Bilety kupiliśmy niespodziewanie i przypadkowo. Pewnej sierpniowej niedzieli do mojego chłopaka zadzwonił brat z informacją, że na fly4free.pl są super okazje cenowe. Weszliśmy na stronę, czasu na decyzję było niewiele, bo bilety znikały jak świeże bułeczki, więc w ciągu 20 minut staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami biletów lotniczych. Zdecydowaliśmy się na dwie destynacje, z czego jedną było Cancun – miasto położone na północno-wschodnim krańcu półwyspu Jukatan.

Termin wycieczki był dla nas idealny. Druga połowa listopada to czas kiedy w Meksyku kończy się pora deszczowa, a nie zaczyna się jeszcze wysoki sezon turystyczny (grudzień – kwiecień). Poza tym nic lepiej nie poprawia samopoczucia podczas jesiennej pluchy niż słońce i 30 stopni na plusie. ?

Przed wyjazdem nie rezerwowaliśmy żadnych noclegów ani przejazdów. Nie mieliśmy też przygotowanego szczegółowego planu podróży. Raczej ogólny zarys co chcemy zobaczyć i jak spędzić ten czas. A reszta miała się wyjaśnić na miejscu. Takie podróżowanie ma ten plus, że nie czujesz presji, aby odhaczyć wszystkie punkty z trasy ani rozczarowania, gdy coś pójdzie nie po Twojej myśli. Są też sytuacje niezależne od nas, takie jak opóźniony lot czy niesprzyjająca pogoda. Jeśli nie masz zaplanowanego wszystkiego co do dnia i godziny, możesz swobodnie podejmować decyzje na bieżąco w zależności od tego co dzieje się tu i teraz.

Na półwyspie Jukatan spędziliśmy 15 dni. Po 36-godzinnej podróży (uroki promocyjnych lotów), z przystankiem na zwiedzanie Montrealu, przylecieliśmy do Cancun, by już następnego dnia uciec z tego miasta. ? Ale o tym w osobnym wpisie. To, co najbardziej nas interesowało to przyroda, dzikie zwierzęta, ruiny Majów i Morze Karaibskie. Oboje uwielbiamy wodę, dlatego większość czasu spędziliśmy na wybrzeżu i na wyspach. W zasadzie mieliśmy tylko dwa „suche” dni kiedy nie kąpaliśmy się w morzu, basenie czy cenote (naturalne studnie krasowe wydrążone w skałach wapiennych – cudo!).

Tak wyglądała trasa naszej podróży:

Cancun – Playa del Carmen – Cozumel – Playa del Carmen – Akumal – Tulum – Coba – Valladolid – Chichen Itza – Tizimin – Rio Lagartos – Tizimin – El Cuyo – Tizimin – Cancun – Isla Muheres – Cancun

Podróżowaliśmy transportem publicznym i mieliśmy okazję przetestować cztery rodzaje autobusów. Najbardziej komfortowe i nowoczesne były autobusy ADO. Kursowały między większymi miastami w stanie Quintana Roo. Po Cancun jeżdżą niby zwykłe autobusy miejskie, za to z niezwykłymi kierowcami o duszach rajdowców. Jazda autobusem po Cancun to osobliwe przeżycie. Autobus podjeżdża, a raczej niespodziewanie hamuje na przystanku albo i nie na przystanku, Ty wsiadasz, nie zdążysz zapytać kierowcy o bilet, a ten już rusza (oczywiście z otwartymi drzwiami) nie zważając na to, że Ty przewracasz się po autobusie próbując jednocześnie sfinalizować zakup biletu. Taksówki w Cancun są tanie, jednak zdecydowanie polecam chociaż raz przejechać się z szalonym kierowcą komunikacji miejskiej.

Dworzec w Tizimini

Najbardziej integracyjnych charakter miały tzw. colectivos. Są to kilkunastoosobowe busiki kursujące po mniejszych miejscowościach oraz pomiędzy miastami. Colectivos najczęściej podróżują miejscowi, panuje tam ścisk, a kierowca zabiera kolejnych pasażerów nawet, gdy nie ma już miejsc siedzących. Plusy za to są takie, że przejazdy są tanie, busy kursują często i łatwo nawiązać w nich kontakt z innymi pasażerami. W drodze do Valladolid na przykład, mieliśmy okazję porozmawiać z bardzo ciekawym człowiekiem – potomkiem Majów i przewodnikiem wycieczek w Chichen Itza.

Z kolei autobusy Noreste, poruszające się po stanie Jukatan, wyróżniały się najniższym standardem i najsilniejszą klimatyzacją. Stare, rozklekotane i pełne miejscowych. To było kolejne idealne miejsce do obserwowania lokalsów i ich zwyczajów. Autobusy te jechały bardzo długo, niezależnie od długości trasy i zgarniały po drodze wszystkich chętnych. Zjeżdżały z dróg międzymiastowych w małe, wiejskie uliczki, gdzie czekali na nie miejscowi niekoniecznie na przystankach, które stanowiły raczej rzadkość. Zdarzało się, że autobus zatrzymywał się dosłownie co 20 metrów, aby wpuścić kolejnych pasażerów. Do tej pory jest to dla mnie zagadką, dlaczego ci ludzie nie mogli stanąć w jednym miejscu, w i tak maleńkiej wsi, i tam czekać na transport. Zdarzało się, że zatrzymywaliśmy się pośrodku niczego, aby zabrać człowieka, który pojawił się tam nie wiadomo skąd. Raz wsiadł pewien mężczyzna i zaczął coś wygłaszać bardzo entuzjastycznym tonem. Potem rozdawał pasażerom małe pudełeczka, w których, jak się okazało, była pomada na reumatyzm (!). Kilka osób pochwaliło produkt, kilka kupiło, a zadowolony sprzedawca wysiadł znowu pośrodku niczego. Takie rzeczy tylko w Meksyku.

W drodze do Rio Lagartos – autobus Noreste

Czy podróżowanie po Meksyku transportem publicznym to dobry pomysł? Zależy kto co lubi i co chce osiągnąć. My wybraliśmy tanią opcję, a ponadto na wszystkich blogach, które czytaliśmy przed wyjazdem autorzy pisali, że podróżowanie po Jukatanie autobusem jest sprawne i bezproblemowe. Nie mieliśmy zresztą czasu na porządny research wypożyczalni samochodowych i ubezpieczeń, a w ciemno woleliśmy nie decydować się na nic takiego. Jak okazało się na miejscu, wynajęcie samochodu nie było bardzo drogie, a na pewno przemieszczalibyśmy się szybciej i tym samym zyskali więcej czasu na zwiedzanie. Z drugiej strony, podróżowanie autobusami było ciekawym doświadczeniem, które wspominamy z uśmiechem ?

Dworzec ADO w Tulum

O tym co zobaczyliśmy po opuszczeniu autobusów i co możemy śmiało polecić, a co odradzić, opiszę już niedługo w kolejnych postach ?

 

Przystanek autobusowy w Coba